Zanim David O. Russell zacznie opowieść o tym, jak Joy Mangano stworzyła samowyciskającego się mopa, pokazuje widzom scenę z jakiejś koszmarnej opery mydlanej. Po oczach bije nam ostry makijaż i rozbuchane fryzury postaci, w uszach dźwięczą godne lepszego świata imiona w rodzaju Danica, Clarinda czy Bartholemew, a mózg przegrzewa się od surrealistycznego stężenia kiczu. Sytuacja zaraz się wyjaśni: Danica i reszta ferajny to protagoniści serialu, który z maniakalnym oddaniem, dzień w dzień, ogląda matka głównej bohaterki. W domu rodziny Mangano telewizor wciąż jest włączony, a Danica i Clarinda pełnią rolę szczególnego chóru greckiego. Jednak zamiast komentować koleje losu Joy, serialowe bohaterki stanowią dla nich kontrapunkt. 
Wyznaczają marzenie o luksusowym życiu, gdzie jedyne problemy to tak zwane “problemy pierwszego świata”: kto się z kim przespał i czyim zaginionym bratem się okazał. Ale (zamierzona) ironia filmu polega na tym, że kłopoty Joy – choć dużo bardziej przyziemne – również kumulują się groteskowo, na operowo-mydlaną modłę. Życie jest nowelą, mógłby powtórzyć Russell słowa piosenki.











